"Latanie to Rzecz Wielka"



"Każde pionierskie czasy
mają takich pionierów,
na jakich sobie zasłużyły
ale będą to zawsze
najznamienitsi szaleńcy"






To co udało mi się na swój temat, zebrać i pomontować z materiałów filmowych analogowych 8mm




LATANIE to WIELKA RZECZ.
Jest tak wielka jak MARZENIE o NIM i nie mówię o spełnionym już od dawna przelatywaniu nad oceanami w bydlęcych wagonach tylko o lataniu na własnoręcznie wykonanych i przypiętych skrzydłach bez pasów startowych i pozwoleń na start, razem z ptakami bez karabinu maszynowego i w krótkich majtkach. 80 lat po ostatnim locie Otto Lilienthala, kiedy już wszystko o lataniu było wiadomo i Ikarowe, a w zasadzie Dedalowe marzenie wydawało się spełnione, marzenie o człowieku ptaku nadal drzemało w ludziach obciążonych genem Ikara (powinno brzmieć genem Dedala ale my tak lubimy bohaterów, tylko niewiadomo dlaczego tych którzy są tragiczni).

Dlatego też w tym miejscu czyli na samym początku, proszę o chwilkę zamyślenia nad tymi pionierami spełniania odwiecznych marzeń, którym gdzieś umknęło ich ostatnie lądowanie - szybujcie wiecznie.

Będę tu oczywiście dalej pisał o sobie i swoim spojrzeniu na latanie w subiektywny i często przewrotny sposób, żeby może choć trochę przybliżyć w jak magiczny sposób i w jakich magicznych czasach spełniają się marzenia odwieczne - no bo mnie się udało... spełniłem.





... z odkrytym genem Ikara i własnymi skrzydłami.



Ujawnienie się wiadomego genu.

Jest koniec lat 70-tych, hipisi już są lekko łysi albo szpakowaci, mam 28 lat i ciekawego życia w ciekawych czasach, mam już trochę za sobą. Nigdy nie chciałem być pilotem, nie fascynowałem się modelarstwem, chciałem zostać artystą grafikiem, wyglądałem i myślałem jak hipis z tamtych lat, otoczenie i system traktowało mnie tak jak na to zasługuje każdy odmieniec, umacniając jego poczucie wolności i niezależności... czyli sielanka.

Któregoś pięknego dnia oglądałem znane wtedy pismo "Młody Technik", w którym jak zwykle było wiele sposobów na to jak zrobić to, co już gdzie "indziej" dawno można było kupić na każdym rogu. Trafiłem tam na plany i opis jak stworzyć przyrząd do latania, który dawał się zrobić w komórce własnymi rękami i pozwalał zostać ptakiem na najbliższej górce. Za przyzwoleniem systemu mogłem ulecieć?. niewiarygodne ale prawdziwe, mam to przed sobą na piśmie, każdy system popełnia błędy... zostałem trafiony i oszołomiony ale w miarę przytomny.

Trafienie było tak celne, że dokopało się do mojego ukrytego genu Ikara.

Czytałem dalej już drażniony genem, który wylazł na światło dzienne i zaczynał pomału mną zarządzać.

Podobno "tam" już na TYM latają, a powstało TO jako produkt uboczny we wzajemnym straszeniu się, między tymi głupszymi i tymi mądrzejszymi gigantami (zależnie gdzie się stoi albo "siedzi"). W sprowadzaniu na ziemię astronautów sprawdziło się średnio, pozostali przy spadochronach, ale jak wymyślił to polski emigrant Rogalski... musi działać, tak to oceniała moja słowiańska dusza.

W zamorskich krainach przedmiot został nazwany z włoska Rogallo, no bo po co mu te narty na końcu, a Pizza jako nie tylko nazwa przyjęła się doskonale. Gen już mi nie szeptał tylko krzyczał do ucha, a ja powtarzałem to jako swój odkrywczy pomysł... mięśniolot to ja nigdy nie będę, ale tak z górki nóżkami po buczkach... dlaczego nie... po cichu i bez pisemnego pozwolenia od Komitetu Rodzicielskiego. Rozum został uśpiony, orkiestra grała, nie był to Titanic, podniecenie prosiło do kolejnego tańca.

Prawdziwa magia tworzenia w realnym socjalizmie.

Zadanie zbudowania i latania stało się natrętnym priorytetem w następnych dniach i nocach. Marzenie zaczęło nabierać mocy, pęczniało, pchało i niepokoiło. Szybko doszedłem do wniosku, że ze swoim wyobcowaniem z otaczającej mnie rzeczywistości mogę nie dać rady sam w uskrzydleniu się. Podzieliłem się marzeniem z kolegą, zapalonym modelarzem, w nim nie trzeba było budzić genów, dla niego to miało być kolejne wyzwanie modelarskie. Model "redukcyjny" w skali 1:1, zamiast popychaczy i serwomechanizmów własne ręce, głowa zawsze na miejscu, nie tak jak u mnie.

Na początku majstrowania przy skrzydłach materiałem na szkielet w naszym hutniczo-górniczym kraju były rury do wody lub gazu, do montowania ich potrzebny był hydraulik, kolanka, trójniki i żabka, a do podniesienia twardzi ludzie z Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Na Dolnym Śląsku ludzie są delikatniejsi, a i postęp z każdą "pięciolatką" rósł w siłę, chociaż czasami znikał z półek sklepowych, ale nigdy poniżej octu.

Zamówiliśmy więc rury duraluminiowe, przywieźli TIR-em pod dom, 6 metrowe, średnica 40mm/1.5 mm i 26mm/1.5 ładnie opakowane w sosnowe pudełko, na każdej rurze stempel z atestem, że da radę. Później już nie było tak łatwo, system zorientował się że są one używane jak by nie było do budowania niezależności, a nie do budowy bombowców i innych maszynek do mielenia ludzi.

Mój późniejszy ptasi kolega, pracownik dydaktyczny i członek organizacji wspinaczkowej na słusznej uczelni zresztą (bezpłatnej w obie strony) żeby liznąć niezależności, musiał składać podanie, że rzeczone rury niezbędne są do zbudowania drabin później użytych do penetrowania przez wspinaczy szczelin w lodowcu na Spicbergenie. Magia zawsze działa i w każdym systemie, bracia Szpic i Bergen zadziałali i dzięki temu, wtedy szczęśliwy posiadacz rur jest teraz jednym z najznakomitszych wolnych polskich ptaków, a nie chwaląc się wcale, jam go do ptaszyńców po twardej walce, dołączył.



Fragmenty moich starych planów, lotni ARGUS maxi i PEGAZ)



Mieliśmy rury, geny na wierzchu i... No i wtedy dopiero się zaczęło, wokoło loty kosmiczne, aerodynamika i mechanika lotu dawno zbadana i opisana wzorami... po prostu nuda. Okazało się jednak że wszystko to, to tylko zbędny balast, nie dostarczał żadnej użytecznej wiedzy, (mojemu koledze modelarzowi, bo mnie tylko rozdziawiał dziób), gdyż opisywane tam prędkości lotu były grubo powyżej 100km/h. Wyścig trwał, trzeba było albo transportować ludzi albo bomby, żeby żyło się bezpieczniej. Nikt już nie kopiował ptaków, dawno było wiadomo że bocian nie uniesie głowicy nuklearnej nie mówiąc o gołębiu, byliśmy (jako cywilizacja) już dalej niż natura i ponad nią, wszystkie "nasze" skrzydła były sztywne i metalowe, myśli zwarte, a szeregi gotowe, albo odwrotnie.

Pilot siedział okrakiem na turbo odkurzaczu i nie miał nic do powiedzenia, bo i tak by go nikt nie usłyszał - był szybszy od dźwięku. My natomiast mieliśmy przed sobą plany mocno iluzoryczne, gdzieś niedokładnie skopiowane z czegoś nieznanego, na czy nikt się nie znał, a kopiujący miła co najwyżej 3 z dwoma z rysunków. Tak jak ściąga na maturze, którą się ma, ale się jej nie rozumie... przepisywanie bywa wtedy ryzykowne, ale jak się nie chce nic dodawać od siebie potrafi zadziałać... i droga na posła otwarta. Pseudo plany jasno mówiły w swojej niejasności, że wszystko co w tym aparacie do latania ma być sztywne to rury (jakby rura o ściance 1.5 mm i długości 6 m mogła być sztywna), reszta to szmata na poszycie dająca opór powietrzu i masa linek, po to żeby za pomocą czegoś niesztywnego usztywnić - bez marzeń rzecz nie do opanowania i tak też było w istocie. Magia alchemii przy tym to nauka mocno ścisła no i tam zawsze znalazł się jakiś idiota co dał na to kasę, bo mu jej było ciągle mało. Kasa wtedy w zasadzie nie występowała ale za to wszystko można było załatwić "przelewem".

Jest takie ludowe powiedzenie - "proste jak sznurek w kieszeni", ale w jednym z ciekawszych fragmentów mojego życia, pracując jako murarz na budowie wiedziałem (artysta musi mieć trudno, na początku, w środku i na końcu), że jak do tego sznurka doczepi się kamyk. to można tym pionować murowaną ścianę, będzie stała prosto i się nie przewróci. Tylko marzenie i nadzieja (czyli sznurek i kamyk), żadnej pomocy, tylko jakieś często sprzeczne strzępy niesprawdzonych informacji... czyli musi się udać powiedział optymista, pesymisty akurat nie było w domu. Odwiedzaliśmy więc komórki i garaże u dziwnych osobników, majstrujących w tajemnicy własne skrzydła niby z podobnych planów, ale już na początku było widać ile wiedza bądź niewiedza i fantazja (domorosłych Troli magii latania), może tworzyć dróg do jednego celu. Które powielać, a które odrzucić - genie Ikara dopomóż..... cisza !!!

Nie odpuszczaliśmy, ja nawiedzony i owładnięty takimi też teoriami i modelarz, próbujący przeskalować swoje wiadomości do rozmiaru modelu o rozpiętości skrzydeł 10 metrów, na których trzeba było wykonać lot i przeżyć (bez używania gumy modelarskiej). Pomagała też jego wiedza szkutnicza, pod przymusem wtłoczona mu przez brata despotę, straszącego go w dziecięcych latach wybuchem lokomotywy parowej, w ramach budowania własnego autorytetu. Brat potem jednak został ptakiem mimowolnym. Zaplecenie tylu końcówek linek w tradycyjny sposób, plotąc stal paluchami, mogło wygrać nawet z wytrwałością dążenia do marzeń i niską niby, ceną plastrów opatrunkowych. Podpatrzyliśmy inny sposób, poznaliśmy u takich co już byli ptakami no powiedzmy, wróblowali, należało im wierzyć - żyli. Do dziś zakuwanie linek domowym sposobem budzi w mnie co najmniej mieszane uczucia, ale przekonałem się potem w termicznej pogodzie, że działa doskonale.

Budowa szkieletu wydawała się opanowana, prosta ślusarka trochę sprytu, zadrapań i podglądanie skrzydeł które nie zabiły właściciela. Oczywiście i wielka magia, no bo jak się odpuszcza dural żeby go zgiąć, a to krucha krystaliczna bestia. Robi się to w magicznie prosty sposób... za pomocą szarego mydła z odrobiną szarych komórek, najczęściej w komórce. To jedno z tajemniczych zaklęć, które budują skrzydlaste marzenia, zdradzane tylko zaufanym szaleńcom. Wszystko co w miarę sztywne zostało opanowane, rury powiercone i poskręcane, niektóre usztywnione linkami z nadanymi kątami i ugięciami (okazało się później że niektóre nie były potrzebne, no ale moje teorie nie znoszą prostoty), w każdym bądź razie za dużo linek z nieograniczoną możliwością regulacji czyli praktycznie z nie możliwą do ustalenia pozycją właściwą..... zapowiada się nieźle.

Wyglądało "TO", tak jak współczesna duża ogrodowa, składana suszarka do bielizny, była rzeczywiście lekka ale... ogromna, jak z tym biec z góry?... Na zdjęciach, których coraz więcej do nas docierało, wydawało się możliwe... na nich nikt z tym nie biegał, na zdjęciach wszyscy albo stali na ziemi, albo byli w powietrzu. Swobodne latanie w krajach "Zakurtynnych" było już szybko rozwijającą się dziedziną sportu. Chęć nadążania za tą dynamiką nie zawsze był potrzebna, ale trudno jej się było oprzeć. Powstawało masę pomysłów, często efektownych (czytaj dziwacznych), ale praktyka je weryfikowała niezbyt szybko. Wszystko co nowe miało znamiona postępu, istny cyrk szalonych patenciarzy. Był to okres ciągłego dopasowywania aktualnej napływającej wiedzy i zrealizowaniu jej w jednym projekcie, który dzięki temu ciągle ewoluował i mocno się oddalił od praprojektu, ale błyszczał zaściankowo-cyrkową nowoczesnością. Przy kontaktach z alchemikami budowy skrzydeł bardzo szybko zaraziliśmy się chorobą anoreksji lotniczej (modelarz miał ja zawsze, ale w skali mikro.) Czyli... wszystko co zrobiłeś jest za ciężkie, zrób to jeszcze raz, ale lżejsze. Tylko gdzie jest granica między lekkim i wytrzymałym. Strasznie to utrudniało robotę, ale choroba ta w lotnictwie jest w zasadzie dziedziczna i nieuleczalna.

Natomiast prawo Murphy-ego mówi że... "każde działanie projektowe przy samolocie zwiększa jego wagę". Murphy był sierżantem, a w każdej armii sierżant wie co mówi, (pamiętam z wojska sierżanta Buhaja), ale z drugiej strony Murphy uczestniczył tylko w rozpędzaniu szympansów na rakietowych saniach, żeby zobaczyć jakie przeciążenie wytrzyma człowiek, przewrotne to jak jego prawa. W końcu szympans to też człowiek, a człowiek jest za miękki żeby pilotować sztywne niewidzialne Machojady, wiedział o tym nawet szympans, ale on nie musiał niczego zniszczyć zgodnie z jakąś tam dumą narodową, wiec go przypięli do sań rakietowych... w imię i na pohybel. Dzięki niemu teraz siedzą sobie panowie piloci w galowych mundurkach z joystickami i patrzą w monitory, a jak coś zrobią nie tak, zapala się napis "game over", wtedy przesiadają się do następnego monitora. Jak wracają wieczorem do domu, do żony i dzieci to przed kolacją mówią żonie - "Kochanie dziś mnie tylko 2 razy zestrzelili"....na to ona z uśmiechem - "oj... to nie wiem czy zasłużyłeś na deser"... - "zasłużyłem, zasłużyłem..... 2 wioski szympansów puściłem z dymem". Pilot od telewizora przy nich to władca przestrzeni, no bo czasem jednak spadnie ze stołu. Z przyjemnością więc wracam do dalszego majstrowania przy marzeniach i magii tworzenia skrzydeł.

Dalszy ciąg magii z Łucznikiem w tle..

Duma ze skończonego szkieletu była wielka, prawa Murphy-ego pokonane (z trudnością ale jednak, a podobno jak coś ma pójść źle, to pójdzie źle), ale co z poszyciem, tu dopiero okazało się, że przekwalifikowanie się na szwaczkę z dwu metrowymi rękami jest konieczne. Moja jak zwykle pokrętna teoria (chociaż jednak poparta praktyką) głosi że, ...szycie szmaty do lotni to tak jakby szyć garnitur ślubny dla Dzwonnika z Notre Dame, znając jego opis z książki, bez przymiarki oczywiście i poprawek, drugiej możliwości nie będzie bo jutro ślub. Na świecie na pokrycia do lotni, służył żeglarski dacron nierozciągliwy i nieprzewiewny, niedostępny jednak w otaczającej rozciągliwej i mocno przewiewnej rzeczywistości. Polak jednak potrafi, a nawet musi potrafić. Z torlenu bardzo niestabilnego porzecznie i podłużnie (wszak to sztuczny jedwab) i zbyt przepuszczający powietrze, za pomocą lakieru do drewna marki Unilak i maszynki specjalnej tajnej konstrukcji, przy duszącym smrodzie powstawał zadawalający produkt zastępczy? kto nie widział nie uwierzy. Jakiś domorosły Trol amator to odkrył i wdrożył - geniusz godny Nobla..!! Jeden trzymał tą wyżymaczkę i dolewał lakier, drugi ciągnął bryt torlenu, który pokrywał się cienką i przy umiejętnej obsłudze równą warstwą lakieru. Szybko wysychał stabilizując tkaninę. Bryt tkaniny był kilkumetrowy, pogoda musiała być bezwietrzna, ciągnący skupiony i wytrwały, chociaż smród go dusił i powodował szczypanie w oczy oraz łzawienie. Upuszczenie lub wyrwanie brytu z rąk przez wiatr, powodowało oblepienie przy upadku piaskiem i materiał był do wyrzucenia.

Trzeba tu wspomnieć przy tej okazji, że wszystkie materiały do budowy skrzydła zdobywane były z ogromnym trudem, bardziej za pomocą znajomości i koneksji niż pieniądzom (czytaj - dobry złodziej w przedsiębiorstwie państwowym, no może trochę za ostro, w końcu to wszystko było wspólną własnością, a płatność "przelewem"). Powodowało to nieustanny stres przy pracy nie można było się pomylić. Murphy ciągle patrzył przez ramię powtarzając, a nie mówiłem. Konsekwencje pomyłek były niemalże katastrofalne, tak jak na przykład przy wyżej wspomnianym torlenie, który mógł się pojawić w tylko jednym sklepie w Łodzi (na ul. Piotrkowskiej koło sklepu muzycznego) dopiero za kilka miesięcy, bo były to tylko niewielkie (tz. końcówki) resztki z odrzutów produkcji na eksport. Miały one masę różnych wad, na szczęście zwykle o randze optycznej. Szyło się także w ostateczności z materiału używanego na szycie płaszczy cicho-ciemnych agentów, otaczającego nas systemu czyli z ortalionu. Był w miarę dostępny, duże zapotrzebowanie na płaszcze wzmagało produkcje. Szył się łatwo, bo była elastyczny (bardziej niż cicho-ciemni), a do tego mienił się kolorami niewybrednie posępnymi... miał tylko jedna wadę, asymilował całą wodę z otoczenia, zwiększając swoją wagę i powierzchnię... dwukrotnie. Dlatego lotnia mojego znamienitego ptasiego kolegi nazywała się "Ćma" i odwrotnie do nazwy latała tylko przy ładnym słonku, przy najmniejszej mgiełce stała pod lasem, a poszycie wisiało jej aż do ziemi. Najbardziej szalonym w burzy radykalnych pomysłów, było poszycie z folii ogrodniczej, nie można było go niestety zszywać, bo byłoby to jednoznaczne z jego pocięciem, więc zgrzewało się go specjalnymi magicznymi żelazkami, z duszą albo bez duszy zależy od nastawiania Trola. Potem była już zamorska, bo podobno z kraju kwitnącej wiśni, ale przemycana z Czech, które jeszcze były w spółce z o.o ze Słowacją, pleciona folia do dużych opakowań przemysłowych, przeszywalna, profesjonalna i niezawodna... latałem na takiej 300m nad ziemią i nie budzę się dziś w nocy z krzykiem.

Teraz kolej na szycie, czym, jak i gdzie. Powierzchnia płata prawie 18 m2, szyć trzeba zygzakiem 5mm, wcześniej wszystko musi być wytrasowane i pocięte, ale nie nożyczkami tylko lutownicą żeby się nie strzępiło. To nie żart, widziałem poszycie, które uszył kochający ojciec swojemu synowi (nazywaliśmy go Yehudi, a syna Menuhin), uszył on to - "unplugged" czyli... RĘCZNIE...!!! i to pierwsze skrzypce, wpierw klejąc bryty Butaprenem, a potem robiąc dokładnie odmierzone kropki w które wkłuwał igłę... miliony najregularniejszych wkłuć... co na to barokowi rzemieślnicy (Łucznik nigdy nie szył tak równo, a był prawie IX wiecznym wynalazkiem). Syn nie był miłośnikiem sztuki, muzeum rzemiosła tego nie przyjęło, więc wbił on to arcydzieło krawieckie w jakiegoś chojaka w Bezmiechowej. Ojciec nawet się ucieszył, syn żyw, a on znowu będzie mógł trochę ponakłówać, a przy łataniu uszkodzeń będzie to już niezawodnie Rokoko.

Przepraszam bardzo, ale ślusarka przy szkielecie to była czysta przyjemność, a obcowanie z imadłem i pilnikiem to walec wiedeński. Nie pamiętam już gdzie to trasowaliśmy w sali gimnastycznej czy jakimś innym tego typu rozległym pomieszczeniu. To oczywiście żart, tam by mnie nikt nie wpuścił, pokój traserski miał 3x4 metry ale w końcu artysta, to artysta. Łucznik przystosowany do przeszywania góra poszewek i prześcieradeł nie dawał rady z transportem takiej ilości materiału, który się ciągle blokował. Szyło się na siedząco na podłodze, ręce ciągle były za krótkie. Na szczęście torlen miał niską gramaturę. Potem, gdy już był dostępny dakron była to totalna tragedia, materiał nie mieścił się pod ramieniem maszyny, dwumetrowe ręce bez siłowników hydraulicznych działały bardzo krótko. Czeska folia też dawała się nieźle we znaki, jak czeski film, oczywiście z wyłączeniem "Pociągów pod specjalnym nadzorem" ze słynna sceną z pieczątkami. Jeszcze gorzej szło ze zszywaniem pasów do ławeczki, na której będzie się siedziało. Łucznik ledwo się przebijał, taśmy nie wchodziły pod stopkę. Pytanie bez odpowiedzi - ile przeszyć potrzeba, żeby się nie urwało, przecież to tylko nici będą trzymać naszą wagę, może tarcie pomoże.

Tłumaczenie fizyką zawsze pomagało... w coś trzeba wierzyć, tarcie, równie pochyłą... a jak już nic nie pomaga to E=MC2. Żona nic nie chciała słuchać o Einsteinie, wydrążyła mi dziurę we łbie nie kończącą się litanią (to wgłębienie w czaszce na czole to nie od skończenia lotu na brzozie) i do dziś wypomina, że popsułem tak wtedy ciężko zdobytego (czytaj wystanego) Łucznika. On natomiast przeżył kilka poszyć do lotni z dakronu i folii, po remoncie dalej szyje, taka jest siła i jakość przedmiotu z fabryki produkującej wtedy głównie Kałachy. Jego przeszycia dźwigały potem mnie oraz wózek z silnikiem, do zwycięstwa w Mistrzostwach Polski... i to nie jest rozdział z Harry Pottera..... tylko fragment magii realnego socjalizmu, czy jak kto woli trochę na wyrost - matuszki komuny.

Oczywiście mój IX wieczny charakter (nie wystarczy być, trzeba wyglądać), nie pozwalał żeby to było zwykłe jednobarwne pokrycie, skrzydło miało swojską nazwę FIREBIRD (języków się trzeba uczyć, nie wiadomo kiedy i w jakim systemie wyjedzie się na "zmywak"), więc żeby było trudniej przedstawiało płomiennego ptaka. Farbowałem niektóre kawałki, bo torlen był tylko biały i czerwony..... głupota podobno nie boli, ale to nie prawda. Dałem rade, jakoś udało się ubrać szkielet w garniturek dla garbusa. W lotnictwie jest takie powiedzenie, że jak coś jest ładne to dobrze lata. Pierwsza połowa tego prawa stała przed nami, no ta druga jak z niego wynikało, to już tylko.... formalność.



Firebird w całej okazałości... czyli szaleństwo nawiedzonego krawca.



Nielotność wstępna.

Skrzydło było wielkie, ale lekkie jak na "wielkie" ok. 26 kg, jak się je podnosiło, przy najmniejszym bocznym wiaterku chwiało się i zaczynało ważyć dwa razy tyle, a jak dmuchnęło trochę z góry to i trzy razy, natomiast ustawione pod wiaterek stawało się lżejsze od powietrza? witajcie Bracia Montgolfier z kogutem na pokładzie. Jak z tym rusztowaniem biec z góry utrzymując kierunek, będąc przypiętym do niego i mocno pochylonym do przodu, i to biec coraz szybciej, trzymając toto i panując nad nim, zanim ewentualnie szarpnie cię za dupę i zabierze w przestworza czyli inne nieznane środowisko.

W późniejszych czasach jak już uczyłem każdego chętnego latania, gratis i na moim sprzęcie... no idiota, ale wtedy jeszcze sobie pomagaliśmy, taki rodzaj walki z Sinolami. Zjawił się kiedyś spadochroniarz mięśniak, bez cienia jakiegokolwiek kompleksu. Podpiął się i biegał po stoku z lotnią z prędkością murzyna na podwójne EPO, nie wiem dlaczego ale powietrze go nie chciało. Przy którymś kolejnym biegu nagle mu się to znudziło (nie było na nim widać cienia zmęczenia), więc co robią w takiej sytuacji spadochroniarze, w pełnym biegu porzucają sprzęt i ida do domu. Wyrzucona z rak lotnia zrobiła niewielki balistyczny łuk, a zatrzymany niepomny, że jest przypięty do niej, zostaje zabrany z ziemi (chociaż już szedł w stronę domu) i wyrzucony w kosmos, aby być za chwilę przytulonym przez kil lotni i matkę ziemię. Tylko brak usztywnienia mięsni kompleksami spowodował, że przeżył, ale jak się okazało on to już trenował od wielu lat, bo miał na koncie ponad 1200 zetknięć z glebą. Od tamtego czasu zawsze się pytam czy ten którego mam uczyć, przypadkiem nie jest spadochroniarzem... oczywiście ze względu na bezpieczeństwo sprzętu.

Tymczasem budowa dobiegała końca i trzeba było przygotowywać się do namacalnego spełniania. Jak tylko zamknąłem oczy przed snem, przerabiałem teorię lotu, start, ruchy sterownicą, lądowanie, wszystko zaczerpnięte z oglądanych zdjęć i opowiadań tych co widzieli jak się lata, a nawet niektórzy mówili ze latali. Teraz nazywa się to wizualizacją, wtedy lizaniem cukierka zamkniętego w butelce. Kształtowałem nawyki jak koń, który całe życie ciągnął wóz, a tu nagle wygrał los na loterii na taniec w kieracie, podobno miało być fajnie i wszystko prostsze (oprócz zawrotów głowy), no ale jednak czuć w tym było lekki strach przed niewiadomym.

Teraz dalszy ciąg cudów realnego socjalizmu... czyli brak samochodu, więc ładujemy lotnie (po złożeniu 3.5 metrowa paczka o średnicy 30 cm) na dwa rowery, pierwszy ma jej jeden koniec na bagażniku, drugi na kierownicy co w rezultacie daje to, że drugi rower "zachodzi" nie jak autobus 0.5 metra tylko 3 metry. Ledwo mieścimy się na drodze i na zakrętach. Cyrkowy popis jazdy w normalnym ruchu drogowym, a nie była to boczna droga tylko szosa Wrocław - Środa. Jedziemy ponad 5 km do jakiejś dziury w ziemi, czyli dawnej żwirowni głębokiej na 4 może 5 metrów. Skaczemy do tej dziury na zmianę z tymi rurami, w oczekiwaniu na cud, kolega nawet "chyba" poleciał tak nam się wydawało. To znaczy, nie spadł zaraz za krawędzią dziury tylko 3 mety dalej. Wracamy trochę rozczarowani ale ze światełkiem w tunelu. Dobrze że wracamy z w miarę całym skrzydłem. W przedziwnym tandemie zamieniamy się tylko miejscami, żeby zarzucany był teraz zarzucającym, dzięki czemu toczymy się w stronę domu zarzucając jeszcze bardziej.

Na górze Magów.

Trzeba jechać w góry, nawet wiemy gdzie... Jeżów Sudecki. Lotnia ledwo wchodzi do miejskiego autobusu linii 103, kierowca patrzy krzywo, ale skasowaliśmy za bagaż, ludzie się potykają, nasza desperacja jest ponad to. W pociągu to samo, chociaż trochę więcej miejsca. Załadowanie w Jeleniej Górze skrzydła do autobusu to już rutyna, która kończy gdy trzeba to "lekkie" wnieść na górę, ponad 100m w pionie. Nie ma odwrotu, my trzymamy na ramionach, droga nie ma końca, determinacja i wiadomy gen niesie, sama determinacja by nie wystarczyła. Na górze jest pięknie. Jeszcze niedawno temu zachwycały się tym widokiem zastępy Hitler Jugend szkolące się tu, żeby nam zbombardować cokolwiek, a potem nasi szybownicy dosiadali tu ABC-aków, żeby już nie być zbombardowanymi tylko zbombardować... oj szły na to ładne pieniążki... ale się latało. Wtedy jeszcze w samolocie musiał być pilot, samolot dzięki wzorom i podatkom zbudować łatwo, pilota wyszkolić trudno. Nie każdy się nadaje na karuzelę, a co dopiero do latania, tym bardziej do zabijania w karuzeli dziejowej, na szczęście zawsze w słusznej sprawie... dużo łatwiej. Jak się niesie taki klocek jak to skrzydło na górę Szybowcową w Jeżowie, nie takie myśli przychodzą do głowy.

Rozglądam się na szczycie ocierając z czoła półprzytomnosć i lekko drętwieje z przerażenia. Południowy stok jest stromy, za stromy. Wiatr wieje, ale dlaczego tak mocno wieje...? Chyba zabrnąłem, nie ma odwrotu, trzeba będzie pomajstrować przy spełnieniu odwiecznych marzeń... naprawdę. Trochę straszno...!!!

Północny stok jest bardziej ludzki dla kogoś bez wyjścia i taki zieloniutki jak nadzieja, że będzie się ptakiem chociażby z pełną pieluchą (pampersów jeszcze nie było, tu i teraz). Potem na ty stoku ktoś wypasał w zimnym chowie nie wykastrowaną wołowinę, a latanie z elementami korridy było codziennością, no czasami byk zaniósł na rogach lotnie do lasu (szkoda że nie na szczyt). Tymczasem nasze nowiutkie skrzydło ustawione pod wiatr unosiło się z chęcią, byliśmy szczęśliwi, ale krótko, z nami już nie chciało, tak jakbyśmy mu przeszkadzali. Podrywało się ale zaraz traciło nośność, nie potrafiliśmy go rozpędzić do... pierwszej kosmicznej. Próbom nie było końca, dziób ptaka ciągle z charakterystycznym hukiem dziobał ziemię. Robiło się smutno, postanowiliśmy szukać pomocy.

Wtedy jak to w każdej bajce bywa zjawił się Mag, nie wiadomo skąd wychynął. Był jak typowy twór z fabryki JRR Tolkiena, tak też wyglądał. Miał z daleka widoczną charyzmę i swoje lata, opowiadał, że zna magię latania i pomoże. Promieniał nadzieją na tle zieloniutkiego północnego stoku, niósł wybawienie postawą i zachowaniem, zmiótł wszelkie nasze troski. On natomiast szybko zwietrzył dwóch młodych załamanych adeptów sztuki ptasich lotów, opowieściom nie było końca, przyszłość w nich rysowała się jasna, pełna wysokich lotów. Mag opowiadał, my coraz bardziej rozdziawialiśmy dzioby. Po opowieściach jednak musiało dojść do czynów. Mag przypiął skrzydła. Skrzydła go nie słuchały, stare kości trzeszczały, grawitacja znała lepsze czary, opór powietrza zdawał się być też z jej drużyny. Robiło się nieciekawie i patowo, charyzma płowiała.



Mag opowiada, modelarz w środku słucha, ja fotografuje jak zwykle, jakiś trol kibic też rozdziawia dziób.



Był uparty, no bo trochę nie miał wyjścia, po wstępie do rozdziawionych adeptów. Do tego naopowiadał nam o znajomości z wszystkimi okolicznymi Magami z Magiem Naczelnym na czele, który to latał najwyżej i już sam kreślił plany swoich skrzydeł i je sprzedawał szaleńcom. Też znaliśmy tego Wielkiego Naczelnego, miał najlepiej wyposażony garaż w okolicy, podpatrywaliśmy u niego co się dało i kupiliśmy czasami jakąś magiczną blaszkę czy jakiś inny cudowne patencie. Znaczy się kupowaliśmy blaszkę za 10 zł, a napatrzyliśmy się co najmniej za 200 zł, wtedy jeszcze magowie byli łaskawi, bo tworzyliśmy małą ale zwartą rodzinę szaleńców, a oni tak budowali swoją moc. Ten Mag zaszedł rzeczywiście daleko, bo aż do cesarstwa pod skrzydłami którego Szwejk robił wszystko żeby nie walczyć z nikim. Naczelny miał tam swoją magiczną pracownię i działał, projektował, produkował i latał, zawzięcie usiłując dorównać konkurencji, w niejednym katalogu ze sprzętem latającym można było znaleźć jego czary. Jakoś niedawno odezwał się do mnie elektronicznie. Jak żem się ucieszył, Naczelny pamięta o swoich owieczkach, ale już w drugim liście okazało się, że czary jego są już mocno płaskie... bo chciał mi tylko sprzedać polisę na żyć-i-eeeee. Tak to życie z maga potrafi zrobić nielotnego agenta na zawietrznej wielkiej kasy i to nie agenta 007, tylko co najwyżej 07 zgłoś się.

Tyle o Magach wracamy do walki o spełnienie marzeń. Mag nauczyciel już pokryty potem z pozycji horyzontalnej kierował akcją i wyrównywał tętno (schorowany był to fakt)... - "trzeba szybciej biec to się uda"... mówił, a wiatr mu w siwych włosach mieszał wyobraźnią. Byliśmy posłuszni i na zmianę, raz hipis raz modelarz biegaliśmy... za wolno, na wysokości 3/4 południowego stoku, pod lasem. Ziemia jęczała, rury dzwoniły, determinacja rosła, do spotkań z glebą pomału nawykaliśmy. Tutaj trzeba wspomnieć o drugiej stronie (dlaczego wszystko musi mieć dwie strony...?) radosnego lotniarstwa niskopiennego... o wnoszeniu. Nie można go pominąć, gdyż zwykle nie dało się go uniknąć.

W Jeżowie na południowym stoku jest przewyższenie 135 m do koła spadochroniarzy, ślad koła jeszcze chyba majaczy, ale spadochroniarze jako gatunek już dawno wymarli, a może? nie. Tam się też wtedy dolatywało na sprzętach o doskonałości ciut powyżej 1: kamienia. Powyżej sześciu wniesień dziennie na południowym stoku dostawało się papiery mistrzowskie tybetańskiego szerpy i słoik dżemu wiśniowego, bo nic innego w sklepie nie było. Dopiero za chwilę miał się zjawić minister co wynalazł - chrupiące bułeczki. Wnoszenie było nieodłącznym koszmarem wzlotów. Długie, mozolne, z kołyszącym się i dociskającym skrzydłem na ramionach, każdy miał swój sposób na poprawienie komfortu mordęgi. Ja wynalazłem coś na wagę kamiennego toporka w dziejach cywilizacji, czyli wałek hipisa i poszło między uciemiężonych i dawało ulgę... no proszę jam jest Matka Tereska niskopiennych. Należało dotrwać do źródełka, jedno było u podstawy wzniesienia w cembrowinie, drugie 1/4 wysokości od szczytu ciurkało z rury. Często przy upalnym lecie wysychały albo jak mówili ostrożni weterynarze... było skażone motylicą. Nie przypominam sobie żeby to kogoś mocno obchodziło jak do niego docierał. Motylica mieszała się w wyziewami z Celwiskozy, no bo wiało z południa, ale woda po bożemu była zima i mokra, a jej brak w organizmie kasował wszelkie rozważania o jej jakości.



Wnoszę, czyli Matka Tereska używa swojego ulżeniowego pateńcia



Docierało się na szczyt, koniec męki, odpoczywanie, inne zwłoki które już wniosły swoje skrzydła, leżą oparte o ścianę hangaru postawionego tu przez potomków Czerwonego Barona. Wtedy zwykle zrywał się jakiś szaleniec pokazywał na rękaw i krzyczał... - ale wieje?!!! Zwłoki startowały jak panowie do swoich maszyn na Le Mans, i tu widać jak dalece działa presja stada. Szybko, mimo lekkiej nieprzytomności zakładałeś uprząż i mimo że nogi zostawały z tyłu startowałeś, ale już nad garbem wszystkie zwłoki klęły niemożebnie. Docierała tam do nich świadomość popełnionego błędu. Pozostawało zrobienie wszystkiego żeby wylądować jak najbliżej, co w zasadzie przeczy istocie bujania w chmurach, ale oszczędzało to szczyptę sił na udział w kolejnym owczym pędzie.

Oczywiście takie niskopienne wnoszenie to płaskie żarty w porównaniu z tym co robił Legendarny GigaMAG. Wnosił on to żelastwo na Giewont i Rysy, u nas wyżej się nie da, a potem cichutko leciał sobie do domu. Wnosił i to, tak zwanym chyłkiem, kryjąc się i klucząc, bo obrońcy niby przestraszonych kozic chcieli go zniszczyć. Podobno zagrażał on i straszył, w odróżnieniu od latającego tam śmigłowca, no ale on latał w słusznej sprawie, po różne panie co się wybrały w szpilkach na Zawrat. Którejś zimy wczepiony pazurami i czekanem w południową ścianę Goryczkowych, rozmawiałem z kozicami, bo z kimś trzeba - jak się pampers napełnia. Okazało się że czciły GigaMaga tak wysoko jaki ja, a jak mówiły o pastuchach w zielonych mundurkach, to im się tak jakoś dziwnie pysk krzywił. Dzięki temu, że wspomniałem o Giga Ptaku, pokazały mi bezpieczną drogę. Dobrze mieć w każdej krainie właściwe koneksje.

Wbrew pozorom wnoszenie czyli ubijanie nogami ziemi, nie było całkiem bezpiecznym zajęciem. Kiedyś w Bezmiechowej przerośnięte ambicje fana prędkości PtakaStusiaka, spowodowały wykonanie jak to potem określiliśmy "pętli odwróconej". Fikołek przez dziób w powietrzu, rozerwał jednak poszycie z torlenu (ptaki potrafią...!!!), a wszystko to razem wylądowało na nózki, ale prawie na mnie niosącym pod górę "UFO". Nazwa była mocno uzasadniona, bo był on pokryty czerwonym solidnym ortalionem. Wyobraźcie sobie cicho-ciemnego w takim płaszczyku - socsurrealizm albo UFO. Dali nigdy tak daleko nie zaszedł. To był rok kiedy nie zdążyłem zrobić nowych skrzydeł, wiec "latałem na sępa", zresztą tak samo jak spadający na mnie. Jak już jesteśmy przy czystej sztuce, to następna przygoda przy noszeniu przekracza jej ramy, był to niezwykły performance z okresu wczesno powstańczego.

Performance (z ang.: przedstawienie, wykonanie) - sytuacja artystyczna, której przedmiotem i podmiotem jest ciało performera w określonym kontekście czasu, przestrzeni i własnych ograniczeń.

Czyli każdy jest performerem jeżeli nie boi nazwać się artystą i potem czyni to w zasadzie non stop.

Wracałem umęczony podróżą z jakiegoś latania, odebrałem na Fabrycznym lotnie z bagażowego i doniosłem razem z plecakiem 20 kg szybciutko na przystanek, bo już czułem zapach kolacji. Okazało się że tramwaje nie chodzą, bo zaczęły się już igrzyska wykrztałciuchów z Sinolami. Koło uniwersytetu właśnie grano w Berka i to nie Joselewicza. Determinacja bezkolacyjności powszechnej popchnąła mnie w środek wydarzeń. I niosłem ja hipis, tą maxi bazukę jak swój krzyż obok opancerzonych "suk" i wozów z działkami wodnymi. Rycerze w zakutych łbach i tarczami z plexi latali wkoło, a każdy miał w ręku gumę 80-siątkę. Co spowodowało, że żadna z tych gum nie owinęła się wokół moich pleców do dziś nie wiem. Przeszedłem dokładnie przez sam środek wydarzeń, no bo to była najkrótsza droga do kolacji, tylko raz zapłakałem po męsku, bo z bocznej uliczki dopadły mnie resztki gazów łzawiących. Może należy jednak żałować, że mnie Sinole nie potraktowały po swojemu, jakbym dostał kilka pał, a potem by sobie wytarli o mnie buty... to bym teraz był kombatantem i stał w tej lepszej (niekonieczni krótszej) kolejce do lekarza, razem z ciężarnymi.

Wracajmy jednak do początków, siwy Mag dalej traktuje adeptów jak mistrz czeladników. Zamiatanie z rana i po południu, kolacji nie będzie, ale zamiatanie po kolacji oczywiście tak, sprzątanie niezmiennie z uśmiechem i bez protestów... albo się chce zostać mistrzem albo "won" jak mówiła moja Babcia. Sześć lat w Ostaszkowie szyła rękawice dla Armii z Czerwonką, za to że była z domu Wolf... to chyba wie co mówi. Przepraszam o szyciu już było. Dziadek nie przeszył, no ale był z domu Zagórskij. Jeszcze jedna dygresja ale zawsze się coś skojarzy. Mieliśmy potem w kraju jedynego Maga Doktora Profesora od małych prędkości, prawdziwa rzadkość nawet na świecie, konstruował, udoskonalał i miał ogromny wkład, a do tego pasje niezłomną. Nie raz wylizywał się z ran i powstawał jak Feniks. Magia latania ma też niestety swoją czarną księgę... tych co odlecieli, a w niej na czerwono wpisuje się tych co odlecieli w locie.



Uskrzydlony odwzorowuję południowy stok... czyli apoteoza niskopiennego latania.



W głowie to wszystko egzystuje, mieści się i nie plącze, a gdy układa się w zdania na papierze (monitorze) to robi się bałagan, jak podczas zwycięskiej ucieczki. Wracamy wiec na magiczny stok...Mag leży jak to Mag, a my biegamy podkręceni dążeniem. Biegaliśmy coraz szybciej, mnie się w końcu udało pobiec naprawdę szybko, efekt ..."przyglebiłem" tak że sejsmografy w Nowej Zelandii to pewnie zarejestrowały. Tam się zapaliła kontrolka alarmowa, u mnie też, kontrolka obciążenia kręgosłupa jaśniała meldując dziarsko...że mam dość (na dzisiaj). Przekazałem skrzydło koledze, teraz kolej na jego kręgosłup i przyjąłem horyzontalną pozycję obok Maga. Nie wypadało, ale kręgosłup tak chciał, ja byłem w tej chwili miej decyzyjny. Modelarz lekko spięty przypiął się zrobił trzy kroki .... i poleciał... !!! Leciał i leciał, i leciaaaał. Kręgosłup też się zdziwił i pozwolił mi się podnieść i popatrzeć. Później okazało się że moc kierowana przez Maga, a przyłożona wektorowo przez mnie przesunęła mocowanie podwieszenia "pilota" we właściwy środek ciężkości. A był on jak widać nie tam gdzie myśmy myśleli (czytaj obliczyli), że być powinien, a to była w zasadzie jedyna rzecz które się w tym ustrojstwie dawała policzyć. Przewrotność to w tym momencie brzmi właściwie i to jest właśnie Magia, której matką jest niewiedza a ojcem przypadek.

Modelarz miał taki wielki szczęśliwy uśmiech jak dotarł na górę za skrzydłem jakby zrobił redukcje Jumbo Jeta a skali 3:1 krajzegą w kuchni i pod stołem i zdołał nakręcić gumę żeby to poleciało. Podczas laszowania, duma była Maga, bo to w końcu jego zasługa i moc, dupa modelarza, a żałość wielka z niespełnienia stała obok ze spuszczoną głową, kręgosłup niesmacznie się wzdragał... - "w dalszym ciągu jesteś nielot i to poniżej lędźwiowy"... szepnął... - "i teraz będziesz musiał walczyć z kręgosłupnym urazem psychicznym". Ostatnio byłem na prześwietleniu i tam widać tego "uraza", chociaż pokryły go inne mocniejsze z późniejszych lat. Wtedy z urazem do szybkiego biegania z góry wracałem zdruzgotany do domu.

Przyszłość rysowała się szarutko i miała taki wygląd jak widok, który kiedyś potem zobaczyłem na zawodach motolotniowych w Suwałkach - miasto rodzinne mojej Świętej Babci od rękawic, na szczęście nie beatyfikowanej. Z ciekawości podleciałem w stronę naszej wschodniej granicy, a tam za nią rozciągało się coś co bym nazwał Wielką Siną Nicością. Mógłbym w nią wlecieć i nigdy nie dotrzeć do jej końca, no bo strzelali tylko do tych co próbowali ją opuścić. Sprawdził to kiedyś potomek jakiegoś dobrego żołnierza Napoleona malarza znad Renu, lądując Cesną na Krasnym Placu. Stąd moja przewrotna teoria, że BolszeWilki nie strzelają do gości lecących nisko nad niedźwiedziami. Kule i rakiety są dużo łaskawsze niż Syberia - lata owocnej praktyki. Natomiast nie lubią... oj nie lubią wysokookich, robiących zdjęcia na imieninach. Jednego kiedyś trafili w lampę błyskową, albo z błyskiem go trafili, nie pamiętam, ale celnie i potem jeden bojar mało nie rozwalił mównicy butem.

Wiem, bo u mnie w domu zawsze wieczorem słuchało się zagłuszania i trochę niezbyt szybkiej siedzącej na byku. Słuchał ojciec, żeby być na bieżąco, a nie tak jak podczas wojny gdy się pogubił. Uciekał przed Niemcami, złapali go Ruskie i oddali Niemcom, żeby im w Hamburgu, w gratisie rozwoził węgiel do palenia w piecach przez całą wojnę. Dopiero jak się zrobiło za gorąco i to nie z powodu węgla, to wrócił, a tu patrzy znowu Ruskie. Jak ich się spytał dlaczego oddali go Niemcom, to mu grzecznie odpowiedzieli, że po to żeby przeżył. Trudno się nie zgodzić. W nagrodę, że przeżył sprzedawał Zenity, żeby już nas nikt nie fotografował, tylko my sami sąsiada jak słucha zakłóceń. Wracamy wiec do latania, chociaż te dziejowe turbulencje i jak należy się w nich ustawiać do wiatru zawsze dają dużo do myślenia - tym myślącym, bo to potem do nich najczęściej strzelają.

Leonardo, przepraszam ale jestem lepszy

Zaliczyłem jeszcze kilka wypraw do Jeżowa, na których wspomniany wcześniej uraz skutecznie blokował spełnienie marzeń o należeniu do ptasiej rodziny. Inni latali, a ja nielot z płomiennym skrzydłem... odstawałem, nikt się nade mną się nie litował. Wszyscy dzielili się wrażeniami, a ja siedziałem z boku z podwiniętym ogonem i słuchałem opowieści z innego wymiaru. Trochę to trwało, ale przyszedł wreszcie dzień chwały.

Wiem jedno, do latania przynajmniej mojego, Mag jest niezbędny. Był to tym razem Mag przepyszny, ze skrzydłem dzięki zamorskim kontaktom uszytym z dacronu, we wszystkich kolorach tęczy. Był on też oficerem Wojsk Ludycznych i tak też się zachowywał. Niebawem miał wyjechać do krainy "sokiem klonowym i miodem płynącej". Zobaczył tam, że skrzydeł nie musi robić z drucików, sznurków i blaszek wyginanych własnoręcznie w imadle, a wszystko co potrzebne leży w fabryce na półkach, wiec zaprojektował jeden z bardziej znanych ULM-ów na świecie.



Mag Przepyszny cały w pawich piórach... mój wybawiciel.



Musiał się "tu" strasznie męczyć, bo tu w zasadzie mało i to niczego nie było na półkach. Strasznie go zdenerwowało także moje niezdarstwo, nie może się kura kręcić wśród orłów... no nie uchodzi. Przepustka albo ZOK - pośrodku jest tylko sprzątanie. Postanowił z tym skończyć. Zrobił mi zbiórkę w dwu szeregu, rozkazał.... "kolejno odlicz". Liczyliśmy ja i mój Firebird. Słuchałem co mówi z łapami na szwach. Dwa lata tworzenia nawyków w wojsku zadziałało. Potem pokazał nam kierunek - jedyny słuszny... Pokrywał się z wstążeczką na dziobie. Stanął obok, przyjął postawę - była generalska. Krzyknął.... "bieg"!!!... Powtórzył jeszcze dwa razy, gdy nogi plątał mi uraz kręgosłupny, i trzy razy głośniej, widząc moją ospałość ruchów w walce z nim... Nawyk pokrył uraz... szarpnęło mnie za dupę i ....... POLECIAŁEM.

Dalej będzie o tym, jak w nowym środowisku nawyki działają, mimo braku świadomości.

Z całego lotu pamiętam tylko szarpnięcie, oddalający się rozkaz "bieg". Potem niezauważalna w czasie przerwa... i nieostra szybko zbliżająca się trawa wyzwoliła wirtualny nawyk procedury lądowania.... wykonanej bezbłędnie. Wszystko się we mnie telepało. Odpiąłem się z trudem trzęsącą się dłonią, spojrzałem do tyłu na garb, na północnym stoku, był za siedmioma morzami... Świadomość dziejowości chwili dotarła do przytłumionego zasilania. Zrobiło mi się gorąco, zawór bezpieczeństwa lekko się uchylił... zasyczało... - "poleciałeś". Szybko na górę, muszę o tym wszystkim powiedzieć, może nie widzieli. Nigdy potem niesione skrzydło nie było tak lekkie... Wbiegłem na górę oczekując świątecznego nastroju, ale oni tam byli zajęci swoimi ptasimi sprawami. Na szczęście gdy spoglądali na mnie to już jednak jak na ptaka. Nie czułem się nieswojo jako swój... stało się.... jednak się stało...!!!

Okazało się, że lot trwał około 45 sekund. Wykonałem prawidłowo 3 zakręty i podszedłem do lądowania jak "stary".... Przepraszam, ja z tego nic nie pamiętam. Tak zachowuje się organizm, przynajmniej mój, jak pierwszy raz zmienia środowisko... Obawa przed nieznanym wyłącza receptory, zostaje tylko autopilot instynktu samozachowania... gatunku. Gatunek został zachowany, a nawet się podwoił, człowiek i ptak w jednym jestestwie... Nie może brzmieć dumniej i piękniej. Oklepali mi zad, byłem wylaszowany i byłem, jestem i będę najszczęśliwszym z ptaków. Dołączyłem do stada, a tam nawet za Styksem nikomu nie odpinają skrzydeł.



Szczęśliwy ptak już w stadzie, a nawet ponad nim.



Słynny Leonardo nawet nie próbował zrealizować marzenia, chociaż je narysował, Tański zmaterializował pomysł Leonarda - ale jego "Lotnia" nie poleciała, została piękna polska nazwa skrzydła do przypinania... Ja jeszcze nie namalowałem "Giocondy", ale zmaterializowałem marzenie.... Chociaż nigdy nie byłem odważny, sam sobie przypiąłem skrzydła i poleciałem... Trudno, gen się ujawnił... proszę Wysokiego Sądu..... nie żałuję.

W euforii, po pierwszym locie można powiedzieć wszystko, w takiej sytuacji jest to do wybaczenia, wie to każdy kto poleciał. Więc... jestem WIELKI, co z tego, że NIKT.

Potem miałem także zaprojektowaną i zrobioną przeze mnie lotnie, już dacronową, a nadałem jej dumną nazwę PEGAZ - nawiedzoność mnie nie opuszczała. Nosił on mnie pięknie, chociaż niektórzy śmiali się, że nazwa jest chyba od maski "pe.gaz". Służba wojskowa ma jak widać wielki wpływ na postrzeganie, odruchy Pawłowa tkwią głęboko, mutacja trwa a ścieżki jej są niezbadane. Pegaz dalej mnie niesie, już może nie dacronowy, ale ciągle wyżej i wyżej, przez turbulentność pełną buraków, najpierw czerwonych a teraz cukrowych, których nieopatrznie wyzwolił pewien skaczący śrubokręt z neonówką. Może kiedyś w końcu zrozumieją, że sztuka tylko bywa cyrkową ale cyrk nigdy nie będzie sztuką. Tański by tam wiedział o czym mówię, chociaż był z dobrego domu i się formalnie nie uskrzydlił.

Założyłem także niezależną grupę lotniarską "UHURU", z przewrotności i lekkiego niedopasowania do sztywności opcji "prawdziwych" pilotów. Niezależność to nie ludyczna masówka, byliśmy w niej tylko modelarz, hipis i kolejne skrzydła. Przygarnęło nas potem łódzkie zgrupowanie ptaszyńców. Bardzo to mała była rodzinka, ale bezpretensjonalna i urokliwa, warta wspomnienia. Gdy wróciłem do Łodzi z tymi to ptaszyńcami dwa razy w roku przez wiele lat, w silnej grupie odwiedzaliśmy górę Szybowcową, wiosną i jesienią. Dla zabawy i podkreślania chwały własnej, zabieraliśmy zawsze sporą grupę adeptów? oj było się czasami z czego pośmiać, ale nałamali ci oni nam sterownic i krawędzi natarcia jak halny smreków na północnym stoku Tatr. Był taki czas, że modelarz służył w wojsku, jak każdy modelarz grał na tubie w orkiestrze wojskowej. Gdy tylko nas zobaczył na szczycie ze skrzydłami, zakładał trampki i przybiegał na regularna lewiznę żeby z nami polatać, zostawiając obronę ojczyzny reszcie orkiestry. Latałem dalej z pasją, uczyłem innych latania zgodnie z i ich wolą i wbrew niej, ale zawsze zgodnie z moimi przewrotnymi teoriami.

Kilku z uczniów moich dalej mieni się na ptasim firmamencie. Czasami miałem dobra rękę jak już kogoś wypchnąłem (akurat widać to na załączonym zdjęciu) to adept oprócz tego, że został ptakiem to jeszcze teraz kieruje z wysokiego stołka jakąś platformą i do tego cyfrową... no trzeba mieć rękę i chociaż ona tylko analogowa.



MagAnalog z tyłu Trol cyfrowy z przodu... prawidłowo i po bożemu bo z górki



Inny z adeptów został był jeszcze znamienitszy w grze w złote kulki, chociaż wtedy tak jak i ja w krótkich majtkach chodził, ale chodził wtedy kiedy było trzeba do słusznego miejsca, które leżało miedzy stokiem i Zabobrzem, ja tam chciałem dolecieć ale mi doskonałości zabrakło. Wypchnąłem i odleciał na najwyższy komin, ale mam na niego kwity w sprawie pewnego hangaru... poczekam na okazję.

Natomiast do dzisiaj, jeden z adeptów, ptak mimo woli, ma ze mną głębsze więzy... No, ale jak się jadło z jednego słoika dżemu, niosło lotnie o 5 rano z dworca kolejowego po nieprzespanej nocy na twardych ławkach PKP... a potem 5 kilometrowa Golgota na górę Szybowcową. Próby złagodzenia Golgoty rowerem składakiem nie dały oczekiwanych rezultatów. Godzinami przeczekiwaliśmy wschodni wiatr, leżąc pod hangarem, a nasze żony siedząc obok robiły nam na drutach swetry i czapki. Wierny pies Bazar znosił to jak to pies, biegnąc za swoim niskolotnym panem na sam dół i razem z nim popijał ze źródełek w drodze na górę. To przy tym literackie wzorce przyjaźni z okopów, nie są wzorcami niedoścignionymi.

W lotniarstwie nie osiągnąłem zbyt wiele, pozostałem lotniarzem niskopiennym, miał w tym udział NIKT, którego nie było stać na częste wyjazdy w odległe góry, aby nabierać mistrzowskich nawyków... Na tej niwie przegrałam z realnym socjalizmem, nie pomógł także brak parcia na kasę.



Na zawodach w Szamocinie, Najznamienitszy MotoMag przepytuje mnie z trasy po zakończeniu konkurencji.



Natomiast gdy do skrzydła przypiąłem wózek z silnikiem oraz własnoręcznie wystruganym śmigłem, z jesionowego klocka i mogłem trenować koło domu, bo gen już mnie uzależnił. Po udziale w wielu krajowych zawodach i niezliczonych przygodach we wspaniałym towarzystwie, nauczyłem się trudnej sztuki nawigacji i walki w trudnych warunkach meteorologicznych. Przyszedł kiedyś taki dzień, w 1991 roku, gdy wylatałem na swoim "własnoręcznym" skrzydle "Sokół" i przy pomocy silnika od Trabanta (o połączeniach między synapsami nie wspomnę) laury Mistrza Polski. Pewnie jak zwykle było w tym sporo przypadku, ale gdzie go niema, no i jak by nie było, strach to powiedzieć, jest to zapisane w historii lotnictwa. Największy Mag od zdobywania tytułów i pucharów startował na tych mistrzostwach... sędziował je wyśmienicie Mistrz Świata w lataniu precyzyjnym... nie do zagięcia w temacie... !!!

Wybacz Leonardo ale to jest męska zabawa.

Tutaj muszę od razu nadmienić, tak się teraz porobiło, że nie jestem przeciwko żadnym opcjom, moja tolerancja jest niepokalana i wielka jak rozmiar człowieka widzianego z 1000 metrów, my ptaki już tak mamy w standardzie. Pomyśl o tym, jak Ci gołąb upstrzy szybę w samochodzie, tak wygląda zobrazowana wolność..... czy Ci się to podoba czy nie.




Definicja rzecz święta.

Na koniec chciałbym przytoczyć definicje lotniarza, stworzoną przez jednego z naszych Wielkich Ptasich Magów, a sformułowaną jakiegoś pięknego ptasiego dnia, wieczorem, po lotach i po spożyciu pewnej ilości zboża w szkle, bo chmielowy trunek był dla niego zbyt przyziemny, a brzmi ona tak:


- "lotniarz to takie gówno co się kolebie pod parasolem"


Do kompletu definicja artysty, ale moja i mojego niskopiennego ja, sformułowana na tą okoliczność:


- "artysta to taki ewolucyjny bobek, z którym każdy system ma problem, bo nie wie czy go zjeść czy wydalić"


Dla dopełnienia tak lubianej przez człowieka troistości, dodam tu stwierdzenie pewnego poety najstarszego systemu, że prawda występuje w wielu postaciach


- " jest prawda, cała prawda i gówno prawda".


Ja się podpisuje tylko pod swoją prawdą...


..... Amen.

Daniel Zagórski

"Hipis"


- zdjęcia kolegi z okopów (te ostrzejsze - Pentacon) i moje Zenitne i jedno z powietrza Łomotne.


Tekst o łomotaniu >>> TUTAJ <<<



Ja w kombinezonie niskopiennego pilota, albowiem tylko w majtkach można poczuć swobodę bycia ptakiem...!!!





>




HOME        ABOUT ME        NEWS        PAPER        DIGITAL        PHOTO        VIDEO        MUSIC        LINKS        CONTACT© Daniel Zagórski